pierwsza część relacji: http://powiemto.pl/relacja-z-off-festival-katowice-2015-czesc-i/

Dzień drugi
Zaczęliśmy od ustaleń w festiwalowym centrum medialnym odnośnie wywiadów, zjedliśmy obiad, by żołądki nie przeszkadzały w długim koncertowym dniu i ruszyliśmy w pole. Koncertowe atrakcje zaczęliśmy od sceny eksperymentalnej i występu grupy Sutari.

Sprawdzając rozmaite nie znane nam nazwy przed festiwalem natknęliśmy się na grupę, która w swojej wizji folku mieści takie instrumenty jak mikser kuchenny czy klucz francuski. Złapani na taki haczyk chcieliśmy zobaczyć jak twórczość Sutari wygląda z bliska. Otóż wygląda bardzo przyjemnie, a same wykonawczynie (zespół tworzą trzy dziewczyny) okazały się niezwykle sympatyczne, o czym przekonacie się sami czytając wywiad z nimi, który ukazał się tu: http://www.wzielonej.pl/radio/news/21667,sutari-miesza-w-muzyce-kuchennym-mikserem-wywiad.html .

SONY DSC

Sutari                                                            Fot. artiwa

Muzycznie mamy tu do czynienia z polską ludową tradycją muzyczną oraz tekstową okraszoną zgrabnie wplecionymi ozdobnikami dźwiękowymi w postaci m.in. rzeczonego miksera. Publiczność przychylnie przyjęła propozycję Sutari. Dziewczyny mają przyjemne głosy i na scenie sprawiają wrażenie, że cieszy je to co robią.

Arti: Mnie może jedynie nieco zabrakło gwarowej wymowy przy śpiewaniu ludowych tekstów ale domyślam się, że nie łatwo zrobić to wiarygodnie jeśli się takiej wymowy nie nauczyło w dzieciństwie. Grupie pozostaje życzyć sukcesów na szerszych wodach, co może się przydać, gdyż Sutari zostało wybrane, wraz z dziewięcioma innymi polskimi zespołami, do sesji nagraniowej dla goszczącej na festiwalu amerykańskiej rozgłośni KEXP.
Z koncertem Enchanted Hunters, który chcieliśmy zobaczyć kolidowały nam obowiązki wywiadowcze (przyjemne i ciekawe skądinąd), więc musimy się tu jedynie zadowolić opinią znajomych, którzy ów koncert bardzo chwalili.



Bez kolizji obeszło się w przypadku krakowskiej grupy Hańba!
Arti: I bardzo dobrze, bo sprawdzając twórczość owej formacji przed festiwalem uznałem, że to może być ciekawa propozycja. Można chyba powiedzieć, że przyjemnie się zaskoczyłem. Było świetnie! Grupa, której wizerunek oparty jest o uparte przekonanie, że żyjemy w Polsce lat 30-tych dwudziestego wieku na tym przekonaniu opiera swoje teksty, instrumentarium i wygląd muzyków. Jak sami zaznaczyli w rozmowie z nami, to nie jest tylko stylizacja, ale o tym i innych kwestiach przeczytacie tu: http://www.wzielonej.pl/radio/news/21659,przed-czym-buntuje-sie-podworkowa-orkiestra-wywiad-z-zespolem-hanba.html . Koncert rozpoczął się dość nietypowo. Nagle dwaj osobnicy ubrani w cokolwiek niedzisiejszym stylu rozpoczęli w tłumie agitację. Podawali skandaliczne fakty np. ceny cukru sprzed rządów sanacji i po przewrocie majowym krzycząc przy tym wspierani gromko przez zgromadzony tłum: „Hańbaaa!”. Po chwili agitatorzy już byli na scenie by siać zamęt przy pomocy piosenek. Energia zawarta w kompozycjach grupy wprost rozpierała muzyków, co natychmiast zaraziło publiczność.

SONY DSC

Hańba!                                               Fot. artiwa

Tu pochwalić należy nagłośnienie, bo teksty grupy, ten bardzo ważny składnik całego przekazu, były znakomicie słyszalne i zrozumiałe. Pozwoliło to chłonąć nie tylko warstwę muzyczną ale i ideologiczno-literacką. Przy okazji zapoznałem się ze znakomitą adaptacją wiersza Tuwima „Mój dzionek”, która spodobała mi się szczególnie. Literackich odniesień było zresztą więcej – pojawił się też np. tekst Brzechwy. W oparciu o instrumentarium typowe dla międzywojennych miejskich kapel podwórkowych Hańba! zaserwowała folk-punka, który poziomem energii kojarzył mi się osobiście z najbardziej ognistymi dokonaniami irlandzkich załóg typu The Pogues czy Floggin Molly. Oby Hańbie! udało się osiągnąć co najmniej taki sukces jak wymienionym, bo z pełnym przekonaniem uważam, że na to zasługują. Oby sesja dla radia KEXP była w tym pomocna. Jeśli grają gdzieś w pobliżu to idźcie ich zobaczyć, jeśli nie ma ich w okolicy to jedźcie tak długo aż dojedziecie tam gdzie koncertują!

Iwa: Pochwalić należy nie tylko nagłośnienie ale i nienaganną dykcję artystów. Jako fanka XX-lecia międzywojennego, już na starcie przyznałam chłopakom dodatkowe punkty za to, że w swojej twórczości skupili się właśnie na tej epoce. Podczas koncertu, wraz z kolejnymi utworami moje nogi coraz bardziej podnosiły się do góry, aż w końcu zaczęły radośnie skakać. Tyle energii wśród publiczności i artystów w dwudziestoleciu międzywojennym jeszcze nie widziałam!

W napiętym harmonogramie tego dnia mieliśmy znowu nakładkę: wywiad kolidował z następnym koncertem, który chcieliśmy zobaczyć. Na szczęście udało nam się wpaść na pół godzinny fragment występu grupy Kinsky.
Arti: Ja pamiętam ich jeszcze z lat 90-tych, kiedy to sporo zamieszania było wokół ich bardzo ciekawej płyty „Copula Mundi”. Zaprezentowali na niej ciężki, awangardowy materiał z pogranicza industrialu i noisu. Ciekaw byłem w jakiej są formie po latach. Idąc w stronę sceny z której dobiegały dźwięki trwającego koncertu już wiedziałem, że jest dobrze. Kiedy zobaczyłem scenę zarzuconą gazetami, wentylator obłożony papierzyskami wycelowany w wokalistę oraz ekran wyświetlający rozmaite symbole na przemian z nazwą grupy to byłem pod wrażeniem. Fanatyzm wypisany na twarzy frontmana wykrzykującego krótkie frazy dopełniał wrażenia uczestnictwa bardziej w widowisku i spektaklu niż w koncercie.

SONY DSC

Kinsky                              Fot. artiwa

Silne przeżycie, które oddać może termin, ukuty przez prasę by opisać wczesną twórczość grupy Laibach – muzyka totalitarna. Rozmowę z muzykami przeczytacie tu: http://www.wzielonej.pl/radio/news/21666,kinsky-powraca-po-latach-wywiad.html

Iwa: Przychodząc na koncert, najpierw zdziwiło mnie dlaczego na scenie jest tak dużo śmieci. Chwilę potem zorientowałam się, że to przecież część wystroju sceny. Obsesyjny i szaleńczy wzrok wokalisty wciągał w ten muzyczny spektakl a migoczące w tle symbole dodawały wrażenia dezorientacji i czegoś naładowanego niewypowiedzianą ekspresją.

Kolejny koncert i znów kolizja. Robota wywiadowcza nie zawsze sprzyjała pełnemu uczestnictwu w doznaniach muzycznych. Na szczęście udało się uszczknąć choć 20 minut z występu grupy Huun-Huur-Tu. Ta egzotyczna formacja święci tryumfy na etnicznych scenach europy i świata. Prezentuje ona muzyczny dorobek syberyjskiej Tuwy, gdzie w tradycji funkcjonuje śpiew gardłowy.
Arti: Na zobaczenie Huun-Huur-Tu w akcji miałem chrapkę już od dawna. Słuchając płyt na których wibrował hipnotyzujący śpiew czy oglądając występy w Internecie myślałem, że na żywo to musi być coś.

SONY DSC

Huun-Huur-Tu                                             Fot. artiwa

Niestety brak czasu nie pozwolił mi w pełni nasycić się propozycją syberyjskiej grupy. Mogliśmy sobie pozwolić na zaledwie trzy utwory, ściśle pilnując czasu by nie spóźnić się na kolejny wywiad, co utrudniało wczucie się i poddanie dźwiękom płynącym ze sceny ale zdążyłem zobaczyć te egzotycznie ubrane postacie i usłyszeć etniczne instrumenty oraz tak lubiany przeze mnie śpiew, więc myślę o tym występie z sympatią choć jednocześnie z niedosytem.

Iwa: Ograniczony czas rzeczywiście nie sprzyjał a sprawdzanie co chwilę godziny dodatkowo wybijało z koncertu. Dlatego też niewiele pamiętam oprócz orientalnych strojów, pastelowych świateł na scenie i niesamowitych gardłowych głosów, które na pewno wprowadziłyby mnie w stan transu, gdyby nie czas, który nie pozwalał mi na hipnotyczne stany.

I znów wywiad i znów kolizja – uff, na szczęście ostatnia taka sytuacja tego dnia.
Spóźnieni idziemy na Sun Kil Moon. Przed nami ostatnie pół godziny tego koncertu.

Arti: Sprawdzając kto to przed festiwalem zorientowałem się, że lider tej grupy działał także w grupie Red House Painters, którą bardzo lubię, więc nie potrzebowałem dodatkowej zachęty by chcieć zobaczyć ten koncert. Niestety tłum zebrał się spory i przekraczało to pojemnościowe możliwości namiotu w którym znajdowała się Scena Trójki. Z braku telebimów na tej scenie pozostawało mi stawanie na palcach by coś dojrzeć ponad głowami w mroku skromnych świateł scenicznych. Publiczność reagowała bardzo żywiołowo, a lider umiejętnie dyrygował atmosferą włączając zgromadzonych aktywnie w śpiewanie wraz z nim kolejnych linijek tekstu. Ciekawym zabiegiem było tez wplatanie w tło dźwiękowe melorecytowanej opowieści o tym jak muzyk spędził wczorajszy dzień w Katowicach. W warstwie muzycznej jest to estetyka którą nazywam „urocze smędzenie” – głos snuje się na tle prostych dźwięków gitary akustycznej. W tym przypadku wokalista ma brzmienie głosu które sprawia, że mu się wierzy, że wydaje się że śpiewa o czymś doniosłym, ważnym, osobistym. To było bardzo przyjemne pół godziny!

Iwa: Mnie zbyt mocno zniechęcił ogromny tłum ludzi, który nie pozwalał na spokojne odbieranie koncertu. Zdecydowanie jedną z wad Sceny Trójki był brak telebimu, który umożliwiał by oglądanie innym tego co działo się na koncercie. Dlatego też, kiedy wiedziałam, że na pewno nie będziemy na tyle blisko, żeby dobrze słyszeć Sun Kil Moon, zrezygnowałam z nich i siadając na trawie wyciągnęłam „Poniedziałkowe dzieci” Patti Smith i wciągnęłam się w rzeczywistość z lat 60-tych w Nowym Jorku.

Przy ostatnich dźwiękach Sun Kil Moon udawaliśmy się na pobliską Scenę Leśną gdzie już instalowała się Sun Ra Arkestra. Ta jazzowa legendarna formacja, działająca nadal po śmierci swego lidera, przybyła w 11-to osobowym składzie by w poświacie cekinów i gwiezdnego pyłu zaprezentować swoje kosmiczno-mesjanistyczne przesłanie. W warstwie muzycznej raczej unikali freejazzowych eksperymentów, jakie zdarzały im się w przeszłości.

SONY DSC

Sun Ra Arkestra          Fot. artiwa

Za to zaproponowali offowej publiczności energetyzującą mieszankę jazzowych stylów, przy których trudno było ustać w spokoju. Na dowód, że przybywają z gwiazd, jeden z muzyków wykonał na scenie widowiskową… akrobatyczną gwiazdę. Niektórym jazz kojarzy się z nudą. Powinni przyjść na koncert Sun Ra Arkestra by zobaczyć jak ta muzyka pobudza do żywiołowych tańców czy ekstatycznych okrzyków. Nie była to może muzyka poszukująca ale zagrana z wielką radością i przekonaniem.

Iwa: To był jedyny koncert, który obudził we mnie dawną miłość do tańca. Jazzowe kompozycje połączone z niesamowitą charyzmą artystów pobudzały do śpiewania i tańczenia z całych sił. W końcu nie często ma się okazję posłuchać zespołu z Kosmosu!

Przenosimy się na scenę główną by zobaczyć The Dillinger Escape Plan. Grupa słynąca z licznych kontuzji, których muzycy doznają na scenie.
Arti: Znam nieco ich dorobek z czasów kiedy szukałem rytmicznych połamańców. Muzycy serwują je w sosie ciężkich gitarowych riffów i wściekłych wokali. Oglądanie ich na scenie było bardzo ciekawym doświadczeniem. Są w ciągłym ruchu. Z punktu widzenia moich powinności fotografa zdecydowanie najtrudniej uchwycić ich w kadr. Nie tyle biegają co miotają się po scenie. Jakaś siła ich nosi i nieustannie rozrzuca wokół. Wokalista rzuca mikrofon w publiczność, ktoś łapie, wykrzykuje wściekły wers, odrzuca mikrofon z powrotem, wokalista niemal wtyka go sobie w gardło. Gitarzysta wyraźnie dostał silnego ataku nadpobudliwości – buduje wieżyczkę ze skrzyń na sprzęt, wspina się na nią i skacze z impetem na scenę, gdzie ląduje na plecach nie przerywając gry.

SONY DSC

The Dillinger Escape Plan               Fot. artiwa

I tak to trwa z krótkimi przerwami na spokojniejsze fragmenty. Po pewnym czasie jednak, jak dla mnie, staje się to nieco monotonne muzycznie ale i tak od tej pory zamiast wulkan energii będę mówił The Dillinger Escape Plan.

Iwa: Czasami, gdy słyszę jakieś dźwięki, to kojarzą mi się one z niektórymi smakami czy potrawami. Kiedy usłyszałam The Dillinger Escape Plan, na języku poczułam piekielnie ostre papryczki jalapenos. Koncert oglądałam z pewnej odległości, więc na początku skupiałam się tylko na muzyce. Jedyne na co zwróciłam uwagę to wokalista, który prawie połknął mikrofon. Dopiero gdy Arti dołączył do mnie i zaczął zdaniem: Widziałaś co oni wyprawiają na scenie? Zaczęłam się uważniej przyglądać i coraz bardziej chichotać. Wariaci z The Dillinger Escape Plan rzeczywiście zajmują pierwsze miejsce na liście scenicznych wyczynowców.

Ostatni z zaplanowanych do zobaczenia koncertów na ten dzień to Xiu Xiu.

SONY DSC

Xiu Xiu                             Fot. artiwa

Nie znamy gości, ale mają grać muzykę z Twin Peaks i to wystarczy za rekomendację. Niestety okazuje się, że pobliska dodatkowa miniscena swoim basowym dudnieniem djskiego setu wbija się przemocą w uszy między delikatne ilustracyjne dźwięki płynące ze Sceny Leśnej. Tak nie da się skutecznie zbudować odpowiedniej atmosfery. Nadzieja na linchowski nastrój pryska z każdym irytującym bitem więc dajemy sobie spokój. Wracamy do namiotu żeby zebrać siły na kolejny dzień pełen wrażeń.

Trzecia część relacji: http://powiemto.pl/relacja-z-off-festival-katowice-2015-czesc-iii/

(Visited 274 times, 1 visits today)